Przyjdź, Panie Jezu!

Nawet dziś, po wielu latach trwania na drodze chrześcijańskiej, potrzebuję zadać sobie pytanie, czy Jezus jest dla mnie Kimś ważnym. Może zwłaszcza dziś, kiedy moja czujność jest uśpiona wypracowaną przez lata pobożnością. Walka o moje serce nigdy się nie kończy. Wezwanie do czujności dotyczy każdego, kto szuka Boga w swoim życiu.

Kto chodzi do szkoły, nie tylko poznaje wiedzę, ale przy okazji dowiaduje się, jak chodzić na skróty, jak udawać mądrego, jak zrobić na nauczycielu dobre wrażenie, jak przygotować ściągi, jak zdobyć lepsze oceny bez pomnażania wiedzy. Można nauczyć się udawać wiarę.

Ale udawana pobożność jest do wychwycenia. Barometrem są młodzi – bardzo wyczuleni na autentyczność. Jeśli dziś jest kłopot z przyswojeniem sobie przez młodych wiary, to nie jest to tylko problem wpływu świata mediów, środowiska Internetu, ale jest to też problem, że młodzi nie czują autentyczności wyznawanej wiary przez pokolenie, które ich poprzedza. Jeśli dziś młodzi negują wiarę, nie chcą chodzić do kościoła, to być może jest to odzwierciedleniem wiary ich rodziców.


Hipokryzja bardzo razi. Kiedy czytam Ewangelię, mam wrażenie, że Jezus największy problem widzi nie u tych, którzy nie są religijni, ale u tych, którzy stanowią elitę, wzór wiary dla innych. Kluczowy konflikt, który się rozgrywa w Jerozolimie, dotyczy relacji z faryzeuszami, tymi, którzy są najbardziej wierzący. Jak mam innym pokazać Jezusa, gdy sam codziennie nie czynię wysiłków, by Go poznawać, by Jego słowo wcielać w moje życie. Muszę sobie dziś powiedzieć, że naprawdę nie potrafię dobrze żyć po chrześcijańsku i zamiast innych do Jezusa przyciągać, to może im przeszkadzam w poznaniu Boga. Muszę sobie dziś powiedzieć, że to ja najbardziej potrzebuję nawrócenia.


Kiedyś usłyszałem bardzo ważne dla mnie zdanie: jeśli możesz kogoś zmienić, to tylko siebie. Jeśli chcesz zmienić świat na lepsze, to nie naprawiaj świata – poprawiaj siebie. Jeśli dziś świat potrzebuje przemiany, to znaczy, że muszę się skupić na przemienianiu siebie. To ja potrzebuję szukać Boga pilniej niż do tej pory. Oznacza to między innymi, że nie jestem tym, który wie lepiej od innych, co jest dla nich dobre. Moje pouczanie drugiego może mu dać do zrozumienia, że nie zadałem sobie zbyt wiele trudu, by go poznać, ale już wiem, co mu poradzić.


Wydaje mi się, że potrzebujemy bardziej skupić się na słuchaniu. Słuchanie jest ważną posługą, choć niedocenioną. Kiedy słuchasz, dajesz znać rozmówcy, że go szanujesz. Słuchamy nie po to, by udzielić dobrej rady; słuchamy, by drugi był wysłuchany. Wysłuchanie może czasem bardziej otworzyć serce niż mówienie o tym, co się powinno. Możemy wiele wiedzieć i mieć świetne odpowiedzi, a jednak to może nie otworzyć człowieka, a nawet bardziej go zamknąć. My, chrześcijanie, znamy odpowiedzi, ale zostaliśmy powołani, by pomóc innym odzyskać wolność, a pierwszą posługą tego powołania jest słuchanie: przez nie objawia się miłość. A tylko miłość może zbawić człowieka.


Szukanie Boga ze zdwojoną siłą staje się dla mnie najważniejszym zadaniem. Paradoksalnie im bardziej do Boga się przybliżam, tym bardziej On się chowa przede mną. Przypuszczam, że dlatego tak jest, abym nie poczuł, że już jestem bardzo blisko i w ten sposób bym nie przestał zabiegać o Jego miłość. Podobnie się czasem dzieje z tymi, którzy się pobierają, kiedy ślubna uroczystość jest szczytem, a potem jest tylko gorzej, bo brak wysiłku w służeniu współmałżonkowi, bo brak umiejętności poświęcania siebie. Mój wzrost i rozwój nie jest przecież większy, gdy to mnie jest coraz lepiej, gdy ja jestem zaspokajany, ale gdy jest coraz więcej ofiarnej, przebaczającej i pogodnej miłości w moim sercu.
Przyjdź, Panie Jezu i pomóż mi się nawrócić.

Adres
ul. Ojców Oblatów 1, 54-239 Wrocław

Księgarnia
Pn-Pt: 13:00 - 18.00
Nd: 9:30 - 13:00